DOWCIP/Wit (2001)
Była komedia, czas na dramat. Tytuł filmu jest wymowny, ale to w rzeczywistości najsmutniejszy film jaki w życiu widziałam.
Historia samotnej Vivian Bearing (Emma Thompson), która wykłada na uniwersytecie siedemnastowieczną poezję. Nagle okazuje się, że ma raka. Postanawia przejść przez eksperymentalną chemioterapię.
To, co zrobiła Emma Thompson w tym filmie, to absolutny geniusz aktorstwa. Pomijając jej niesamowite poświęcenie (na potrzeby filmu zgoliła głowę!), jej umiejętności i gra, a przez to sama postać Vivian, przyćmiewają całą resztę. Bardzo ciekawy zabieg artystyczny został wykorzystany w "Dowcipie": główna bohaterka mówi niekiedy wprost do kamery, w ten sposób bardziej nas ze sobą związując.
To niesamowity portret psychologiczny osoby chorej. Vivian wie, że umiera. Na samym początku orientuje się, że jest niejako królikiem doświadczalnym, przedmiotem badań. W domu nikt na nią nie czeka. Więc niby dlaczego chciałaby żyć? Dla samego życia. Główna bohaterka nie oszczędza ani siebie w swoich sądach, ani nikogo innego. Twardo stąpa po ziemi, lecz im więcej czasu spędza w szpitalu, tym bardziej uchodzi z niej ta stanowczość.
Ten film nie jest dla ludzi o bardzo słabych nerwach. W końcu nie o to chodzi, żeby się całkiem załamać. Ale polecam go wszystkim (no prawie wszystkim), ponieważ dzięki niemu naprawdę zmienia się spojrzenie na świat, na życie.
Wszystko się kiedyś kończy. Życie na przykład, ale też gimba albo blog prowadzony na informatykę. Tym postem, jak i historią Vivian (kompletnie niedocenioną w świecie filmu) żegnam się z wami, moi nieliczni czytelnicy. Mam nadzieję, że nie zmarnowaliście ze mną i Martyną czasu.
Pozdrawiam
Marta
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz